Czynny wypoczynek jest jednym z najprzyjemniejszych sposobów spędzania wakacji. Gdy dodatkowo można go połączyć ze zwiedzaniem egzotycznych krajów, wspaniałymi widokami, ciekawą kulturą i przeżyć przy tym przygodę życia, to można powiedzieć, że trafiliśmy w dziesiątkę. Wszystkie wymienione atrakcje i wiele innych dostarcza trekking w Himalajach, czyli piesza wędrówka po górach, do której chciałbym zachęcić niniejszym artykułem. Udajmy się więc do samego serca himalajskiego królestwa – Nepalu i podążmy szlakiem karawan i pielgrzymów, wokół jednego z najwyższych masywów górskich na kuli ziemskiej – Annapurny.

U podnóża Himalajów

Gdy po trzech dniach męczącej i pełnej niewygód podróży autobusem z Delhi dotarliśmy wreszcie do Pokhary, od razu urzekła nas atmosfera tego uroczego zakątka. Pokhara pełni rolę nepalskiego Zakopanego i jest punktem wypadowym na kilka bardzo popularnych trekkingów w rejon Annapurny (8091 m), dziewiątego pod względem wysokości masywu górskiego na świecie. Pokhara położona jest w rozległej kotlinie, nad brzegiem jeziora Phewa, w którego granatowej tafli odbijają się śnieżnobiałe masywy Annapurny i Dhaulagiri. Najbardziej charakterystycznym elementem panoramy jest strzelista piramida Machhapuchhare (6997 m), himalajskiego „Matterhornu”, do dziś nie zdobytej przez człowieka świętej dla Nepalczyków góry. Himalaje odległe są od Pokhary zaledwie o ok. 15 km, czyli dosłownie na wyciągnięcie ręki, ale uroku okolicy dodają także malownicze wioski oraz łagodne pasma wzgórz z tarasami ryżowymi lub porośnięte tropikalną roślinnością. Pokhara przywitała nas ulewnym tropikalnym deszczem, błyskawicami i uderzeniami piorunów, na szczęście ostatnim w tym sezonie monsunowym. Gdy dwa dni później wyruszaliśmy na trekking, panowała cudowna słoneczna pogoda, która towarzyszyła nam przez całą himalajską wędrówkę.

W górę doliny Marsyandi

Punktem wypadowym na trekking wokół Annapurny jest niewielka wioska Dumre, leżąca przy głównej drodze łączącej Kathmandu i Pokharę. Co pewien czas w miejscu tym zatrzymuje się autobus, z którego wysiadają zarówno amatorzy trekkingu, jak i mieszkańcy wiosek porozrzucanych wzdłuż doliny rzeki Marsyandi, wzdłuż której wiedzie pierwsza część trasy. W Dumre zaczyna się bardzo kiepska, ale bita droga, pozwalająca na szybkie pokonanie niezbyt ciekawych pierwszych 37 km trekkingu. Droga jest wąska i wyboista, a mocno rozgruchotany i przepełniony autobus jest całkowicie nieprzystosowany do podróżowania po niej. Przeżycia są naprawdę niezapomniane, włos się jeży na głowie, szczególnie osobom odbywającą podróż na dachu pojazdu. Zakładamy się, kiedy autobus spadnie w przepaść, ugrzęźnie, bądź po prostu rozpadnie się przy pokonywaniu kolejnego rwącego potoku. Ku naszemu zdziwieniu, nic takiego się nie dzieje i autobus wytrwale posuwa się do przodu, choć powoli zaczyna zapadać zmierzch. Gdy jest już zupełnie ciemno, pojazd zatrzymuje się definitywnie … i okazuje się, że stoimy pośrodku potoku. W oddali widać światła niewielkiej wioski. Jesteśmy w Besi Sahar – wysokość 820 m, koniec drogi jezdnej i właściwy początek trekkingu.

Zaczynamy

Przez pierwsze dwa dni trasa prowadzi na stosunkowo niewielkiej wysokości. Jesteśmy tuż po zakończeniu pory deszczowej i dominującym kolorem jest soczysta zieleń. Strome zbocza doliny Marsyandi pokrywają fantazyjne pola ryżowe, bądź gęsta tropikalna roślinność. Raz po raz musimy wymijać karawany mułów niosące zaopatrzenie do wiosek leżących powyżej. Na czele karawany podąża zawsze przewodnik stada, którego głowa udekorowana jest kolorowym pióropuszem. Podobną pracę wykonują liczni tragarze, których przygniecione do ziemi zgięte postacie wzbudzają nasze współczucie. Kilkakrotnie musimy przeprawiać się przez bardzo widowiskowe, ale solidne zbudowane, wiszące mosty. Za wioską Chamje, szeroka do tej pory dolina zaczyna się zwężać i wspinamy się kamienistą ścieżką, wyciętą w bardzo stromym stoku, wysoko, kilkaset metrów ponad niezwykle wąską w tym miejscu doliną, na dnie której huczy rozszalała rzeka. W miejscu gdzie kończy się wspinaczka, dolina się znów rozszerza i stajemy zafascynowani pięknym widokiem. Na końcu płaskiego w tym miejscu dna doliny, na granicy słońca i cienia, znajduje się niewielka, otoczona kamiennym murem wioska o nazwie Tal. Dolina Talu jest miejscem niezwykłym. Przebiega tu nie tylko administracyjna granica pomiędzy dystryktami Lamjung i Manang, ale także granica kulturowa, architektoniczna i klimatyczna. Żyjący powyżej ludzie są buddystami o tybetańskim pochodzeniu; gliniane i kryte strzechą domy ustępują miejsca kamiennym budynkom o płaskich dachach; znacznie niższe opady atmosferyczne w północnych regionach, powodują, że subtropikalna roślinność, która towarzyszyła nam dotychczas zaczyna zamieniać się w jodły i sosny charakterystyczne dla wyżej położonych terenów.
Widoki na ośnieżone szczyty Himalajów dostarczają niezwykłych wrażeń estetycznych. Dotychczas wysokie szczyty ukryte były w chmurach, lub zasłonięte przez niższe wzniesienia. Nasze pierwsze spotkanie z nimi nastąpiło wczesnym rankiem w wiosce Bagarchap. W niedalekiej odległości widać było ośnieżoną, grań Lamjung Himal (6986 m), oświetloną na żółto przez wschodzące słońce, nad którą zawieszona była okrąglutka tarcza księżyca w pełni. Widok zapierający dech w piersiach. Od tego dnia postanowiliśmy codziennie uczestniczyć w tym rozpoczynającym dzień widowisku.

Dolina Manangu

Na wysokości około 3150 m, lasy ustępują miejsca trawom i krzewom. Do woli możemy się od teraz delektować widokami himalajskich olbrzymów. Było już późne popołudnie i kolejną noc postanowiliśmy spędzić w wiosce Upper Pisang, położonej około 100 m ponad dnem doliny. Wieś charakteryzuje się bardzo specyficzną, średniowieczną atmosferą. Tutejsze hoteliki to zazwyczaj jeden lub dwa pokoje w czyimś domu. Domy zbudowane są z kamienia, a pokoje mieszkalne znajdują się na najwyższej kondygnacji, gdzie dociera się po drabinie wyrzeźbionej z pnia pojedynczego drzewa. Sceneria górska wokół jest wspaniała. W krajobrazie dominuje gigantyczne cielsko Annapurny II (7937 m), która wydaje się być na wyciągnięcie ręki. Jeszcze piękniejszy widok rozciąga się z położonej prawie 400 m wyżej wsi Ghyaru, przez która prowadzi górna, znacznie rzadziej uczęszczana ścieżka. Dolina jest w tym miejscu szeroka i łagodnie wznosi się w kierunku Manangu. 
Manang (3540 m) jest największą wioską, właściwie małym miasteczkiem w całej dolinie Marsyandi. Znajduje się tu przeszło 200 kamiennych domów o płaskich dachach, zdobionych barwnymi buddyjskimi flagami modlitewnymi, łopoczącymi na wietrze na długich drewnianych palach. Każdy trekkers musi tu spędzić co najmniej dwie noce, aby dostatecznie zaaklimatyzowanym, bezpiecznie zapuścić się w najwyższą część doliny. Ten dzień odpoczynku najlepiej poświęcić na odwiedzenie 500-letniej, fascynującej buddyjskiej świątyni (Gompy Braga) lub przespacerować się do czoła pobliskiego lodowca Gangapurna.

W kierunku Thorung La

Powyżej Manangu ścieżka skręca w prawo i łagodnie wspina się wśród traw i przebarwionych, brązowych krzewów berberysu. W okolicach Letdaru spotykamy stada włochatych jaków. Ostatni nocleg przed decydującym atakiem na przełęcz spędzamy w małym hoteliku Thorung Phedi (4450 m). Panuje tu prawdziwie wysokogórska atmosfera. W ciepłym wnętrzu jadalni wyraźnie daje się wyczuć podniecenie związane z następnym dniem. Gdy wychodzimy z budynku, wokół panuje jeszcze mrok. Na stromym zboczu powyżej schroniska powoli przesuwają się maleńkie punkciki latarek. Gdy dochodzimy do niewielkiej przełączki, zaczyna świtać. Dalej ścieżka nie jest już taka stroma, ale wysokość daje się wyraźnie we znaki. W niewielkim szałasie na wysokości 5000 m odpoczywamy i gasimy pragnienie. Nie możemy się nadziwić, że zwyczajna herbata może tak smakować. Podziwiamy wspaniały widok na dziką i rzadko odwiedzaną grupę górską Damodar Himal. Tuż przed samą przełęczą mijamy kamienny grób Rika Alena, który zmarł tutaj na chorobę wysokościową 24 lutego 1991 r. Drewniany krzyż ma być ostrzeżeniem dla turystów. Rokrocznie trasa wokół Annapurny pochłania kilka istnień ludzkich i nie należy lekceważyć zdradliwej himalajskiej aury i problemów aklimatyzacji. Jeszcze kilka kroków i wkraczamy na szerokie siodło przełęczy Thorung La. Piękny widok całkowicie rekompensuje trudy wspinaczki na wysokość 5416 m. Po zrobieniu zdjęć i odpoczynku rozpoczynamy długie i monotonne zejście w stronę doliny Kali Gandaki.

Muktinath

Muktinath (3800 m), to otoczony murem kompleks świątynny, drugi co do ważności w Nepalu, będący od wieków miejscem pielgrzymek zarówno buddystów jak i hinduistów. Nazwa świątyni pojawiła się w literaturze już na trzysta lat przed powstaniem indyjskiego poematu epickiego Mahabharata i oznacza miejsce, gdzie Brahma, hinduski bóg-stwórca, złożył ofiarę „rozniecając ogień wodzie”. Rzeczywiście, w niewielkiej buddyjskiej gompie można zobaczyć niewielki płomień naturalnego gazu wydobywający się z ziemi wraz z małym źródełkiem krystalicznie czystej wody. Widoki z okolic Muktinath są wspaniałe. Krajobraz jest wybitnie pustynny, przypominający wyżynę tybetańską. W oddali przykuwa wzrok śnieżnobiała piramida himalajskiego olbrzyma – Dhaulagiri (8167 m), wraz z jego sąsiadem Tukuche Peak (6920 m).

Dolina Kali Gandaki

Szlak trekkingowy wiodący z Pokhary przez dolinę Kali Gandaki do Muktinath należy do najpopularniejszych w całych Himalajach. Oprócz turystów spotykamy na nim także duże grupy kolorowo ubranych pielgrzymów oraz karawany mułów. Trasa ta jest dużo lepiej zagospodarowana turystycznie niż Dolina Marsyandi. Jest znacznie więcej małych hotelików i są one o wiele wygodniejsze. Do największego miasteczka w dolinie – Jomosom, gdy warunki atmosferyczne pozwalają, dolecieć można nawet kursowym samolotem. Wszystko to sprawia, że trekking po zachodniej stronie Thorung La, nie jest już tak fascynujący jak po wschodniej. Po drodze mijamy kilka bardzo pięknie położonych wsi, z których najpiękniejsza jest Marpha, słynąca z doskonale utrzymanych i czystych kamiennych domostw i brukowanych ulic. Rejon ten jest zamieszkiwany przez niezwykle kontrowersyjny, ale doskonale prosperujący i gościnny lud Thakali. Widoki wzdłuż doliny są niezwykle piękne. W okolicach wioski Larjung (2540 m) dolina Kali Gandaki tworzy najgłębszy na świecie kanion, wciśnięty na głębokość 5.5 km pomiędzy dwa ośmiotysięczniki Dhaulagiri (8167m) i Annapurnę (8091m), odległe od siebie tylko o 35 km! W rejonie wioski Kabre (1700 m) ponownie wkraczamy w subtropikalną strefę klimatyczną. Nareszcie pojawiają się utęsknione zielone lasy liściaste, kolorowe kwiaty i bananowce. Trzy dni później jedząc doskonałą kolację w naszej ulubionej knajpce tybetańskiej w Pokharze, już tylko wspominamy i żałujemy, że wspaniała trzytygodniowa przygoda himalajska dobiegła końca i obiecujemy powrócić tu za rok.

autor: Jacek Piwowarczyk

Related Posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Comments Protected by WP-SpamShield Spam Filter